Informacje

BETA: Hakurenio.
GATUNEK: O wilkołakach, Romans.
SZATA GRAFICZNA: pochodzi stąd.

Jeszcze aktualizuję bloga, ale jeżeli jesteście zainteresowani przeczytaniem tego badziewia, to będzie mi miło za obserwację. Komentarze również mile widziane, zwłaszcza te z konstruktywną krytyką. Wszystkie informacje o kredytach zostały podane w stópce na dole szablonu.

niedziela, 14 października 2018

1. Carole Acevedo

Brak komentarzy:
Seminole od niepamiętnych czasów słynęło z wysokich temperatur i smrodu palonego siana. Gdzie się nie spojrzało, widniały obszerne pola i lasy, które nawet wiosną posiadały różnobarwne liście. Mieszkańcy nazywali to wtedy oznaką duchów, wierząc, że gdzieś pomiędzy nimi przechadzały się duchy Indian, które dawały o sobie znać, zmieniając kolory liści. Choć każdy wiedział, że to tylko zwykłe miejskie legendy i nie było w nich ani grama prawdy, to miasteczko uzyskało nazwę na ich cześć. I pomimo tego, że większość mieszkańców nie posiadała w swoich żyłach nawet jednej kropli krwi Micasukee, to i tak z radością, co roku, hucznie świętowali złote kotły. Dziękowali swoim przodkom za ich poświęcenie i ducha walki, kiedy plemię Seminole ratowało czarnoskórych z niewolniczej plantacji.
Jednakże tego dnia miasteczko wyglądało inaczej. Nie było ani ciepło, ani barwnie. Wydawało się... martwe. Na szarym niebie kłębiło się od groma ciemnych chmur. Narowisty wiatr kluczył umiejętnie między młodymi topolami i starymi samochodami. Zagrabione liście tańczyły wysoko w powietrzu, a niedomknięta bramka od metalowego ogrodzenia uderzała niespokojnie o słupek. Jedyne co wydawało się nie pasować do martwego widoku, to chmara całkiem sporych rozmiarów wron, które bez większego problemu zasiadały na linii wysokiego napięcia, skrzecząc głośno i obserwując budynek z niecodziennym zainteresowaniem. Jakimś dziwnym trafem te straszne ptaszyska wiedziały doskonale, co się działo za murami z czerwonej kostki i zdawały sobie sprawę z tego, że jeden z korytarzy wcale nie był pusty.
Gdzieś między szkolnymi salami, wysokimi szafkami i gablotami na nagrody, po mokrej podłodze trójka chłopców ciągnęła za ramiona kolegę z klasy. Protesty i błagania stały się dla trzynastolatka nieprzyjemną mantrą. Ból w plecach piął się coraz wyżej i wyżej. Spomiędzy warg pokrzywdzonego wydobywały się ciche jęki, a za nim rysowały krwawe smugi. Szumiało mu w głowie, a zroszone potem włosy uparcie opadały mu na oczy.
— Zamknij się wreszcie! — syknął przez zęby jeden z napastników.
Chwycił w prawą dłoń jego jasne, kręcone loczki i odchylił mu głowę, szczerząc niebywale białe zęby w uśmiechu. Czarne warkocze z czerwonymi gumeczkami opadły do przodu, zasłaniając pucułowatą twarz czarnoskórego, a szelest opakowania chusteczek w kieszeni jego jeansów rozniósł się po korytarzu. Aby nie narobić zbędnego hałasu, wsunął palce w spodnie i wyciągnąwszy chusteczkę, rzucił ją prosto w ranną twarz kolegi i nakazał mu palcem wskazującym, że ma być cicho.
Każdy w Middle School Seminole znał Archera Munoza. Jego sława potrafiła wyprzedzić uciekającą mysz przed kotem. Wszyscy wiedzieli, kim był jego ojciec i jaki mieli rodzinny biznes, jednak nie tylko to przyprawiało innych uczniów o gęsią skórkę. Archer należał do grona typowych łobuzów. Uwielbiał wdawać się w nielegalne bójki na terenie szkoły, podtapiać rówieśników lub młodszych kolegów w toaletach i... robić maślane oczy do Carole Acevedo. I choć młody Munoza starał się na wszystkie sposoby przypodobać dziewczynie, wiedział gdzieś w środku, że był i tak na straconej pozycji. Zwijający się przed nim z bólu, niski i pulchny Keiran Bradshaw był tego powodem.
Archer przykucnął przed jęczącym. Położył ręce na kolanach i rzucił zniesmaczone spojrzenie Keiranowi, kiedy ten ścierał krew. Miał sporą ranę na wardze i wielkie limo po prawej stronie twarzy. Złamany nos zdawał się istnym wulkanem krwi, czego trójka opryszków nie przewidziała. Błękitna koszulka już dawno straciła swój pierwotny kolor. Teraz ciemne plamy zdobiły ją w linii prostej: od szyi do pępka. Chłopiec wyglądał tragicznie i to właśnie bawiło Archera najbardziej.
— Jakie to uczucie być frajerem, Bradshaw?
Keiran przełknął z bólem ślinę i cofnął się instynktownie, kiedy jeden z piekielnych bliźniaków, Niklaus, stanął specjalnie butem na jego pokiereszowanej dłoni.
Brat Niklausa, Basiel, parsknął śmiechem, przyglądając się całej sytuacji z boku. Rzucał nieprzyjemnymi komentarzami, kiedy rozglądał się po korytarzu, aby w razie czego złapać Nicka i uciec w porę.
Obydwaj ubrali się w czerwone bluzy i czarne spodenki z numerkami 6 i 9, pokazując wszystkim, że należeli do drużyny koszykówki w kategorii juniorów i zdecydowanie powinno się mieć przed nimi respekt. Mimo że nie należeli do grupy osób przyjemnych dla oka, to i tak ich popularność potrafiła załatwić wiele zakochanych nastolatek.
— Wiesz, co zrobiłeś? — zapytał Archer.
Bradshaw zaprzeczył ruchem głowy.
— Masz mnie za debila?
Ponownie pokręcił głową.
Munoz przytaknął, a jego skóra w świetle lamp stała się jaśniejsza z powodu kropli potu, które perliły się na jego okrytej złotymi łańcuchami szyi.
— Tak myślałem — prychnął i odrzucił warkoczyki z powrotem na kark. — Dobrze wiedziałeś, że podoba mi się Carole. Chciałem ją zaprosić na złote kotły. I co zrobiłeś? Powiedz, Keiran, co zrobiłeś.
Bradshaw uparcie milczał i zaciskał powieki, kiedy piekielni bliźniacy Reisch go podnosili. Przyjmował każdy cios ich pięści, wiedząc doskonale, że nie miał wystarczająco siły, aby zmierzyć się z tą trójką. Jedyne co w tamtej chwili mógł robić, to modlić się w duchu o pomoc Indian i łudzić się, że to coś da. Tracił orientację.
I wtedy usłyszał ją. Carole.
— ...Keiran? O mój Boże! Keiran!
Przyłożyła dłonie do ust, patrząc z niedowierzaniem na leżącego przyjaciela. Podbiegła do niego, ślizgając się białymi balerinkami po podłodze. Żółta sukienka zawinęła się lekko do góry, odsłaniając dziecięce, chude uda, kiedy to ręce Archera złapały ją w talii. Szarpnął ją do tyłu, odciągając od leżącego Keirana.
— Nie wtrącaj się w to, Care! — wrzasnął, odpychając dziewczynę, która upadła na podłogę, krzycząc z bólu. — Zasłużył sobie!
Młody Bradshaw dźwignął się z trudem. Spojrzał na pochylającego się Munoza nad Acevedo.
Wtedy rozniósł się głośny dzwonek lekcyjny, a z sal wyszli uczniowie i zdenerwowana nauczycielka, która zobaczywszy, co się stało, popędziła w ich stronę. Jednak to kompletnie się nie liczyło dla Keirana. Chciał zranić Archera. Chciał go ukarać, więc nawet nie spostrzegł, kiedy ruszył biegiem i z całej siły pchnął napastnika, który wylądował na ścianie z gablotami. Nieprzyjemny dźwięk łamania rozszedł się po korytarzu. Szkło rozprysło się, tak samo jak i krew. Martwe ciało Munoza upadło na białe kafle, a duża plama pod głową zaczęła się powiększać.
Wszystko straciło znaczenie.
Nic już się nie liczyło w tamtym momencie. Ani zapłakana Carole, ani wrzeszczące z przerażenia dzieciaki.
To wtedy młody Bradshaw poczuł nieznaną mu dotychczas iskrę, która rozniosła się po całym jego ciele. Serce biło szybciej, mięśnie drżały, a ból odszedł w niepamięć. Kiedy Keiran spojrzał na owłosione i szponiaste dłonie, zrozumiał, co się stało.
Stał się potworem. I to z najprawdziwszych koszmarów.


Jeżeli znajdziesz w tekście błąd czy nawet zwykłą literówkę, proszę, napisz mi o niej w komentarzu. To pomaga mi udoskonalić swoją pracę. Dziękuję!

Archiwum

© Agata | WS
x x x x x x x.