Seminole od
niepamiętnych czasów słynęło z wysokich temperatur i smrodu palonego
siana. Gdzie się nie spojrzało, widniały obszerne pola i lasy, które
nawet wiosną posiadały różnobarwne liście. Mieszkańcy nazywali to wtedy oznaką duchów,
wierząc, że gdzieś pomiędzy nimi przechadzały się duchy Indian, które
dawały o sobie znać, zmieniając kolory liści. Choć każdy wiedział, że to
tylko zwykłe miejskie legendy i nie było w nich ani grama prawdy, to
miasteczko uzyskało nazwę na ich cześć. I pomimo tego, że większość
mieszkańców nie posiadała w swoich żyłach nawet jednej kropli krwi Micasukee, to i tak z radością, co roku, hucznie świętowali złote kotły.
Dziękowali swoim przodkom za ich poświęcenie i ducha walki, kiedy
plemię Seminole ratowało czarnoskórych z niewolniczej plantacji.
Jednakże tego dnia
miasteczko wyglądało inaczej. Nie było ani ciepło, ani barwnie. Wydawało
się... martwe. Na szarym niebie kłębiło się od groma ciemnych chmur.
Narowisty wiatr kluczył umiejętnie między młodymi topolami i starymi
samochodami. Zagrabione liście tańczyły wysoko w powietrzu, a
niedomknięta bramka od metalowego ogrodzenia uderzała niespokojnie o
słupek. Jedyne co wydawało się nie pasować do martwego widoku, to chmara
całkiem sporych rozmiarów wron, które bez większego problemu zasiadały
na linii wysokiego napięcia, skrzecząc głośno i obserwując budynek z
niecodziennym zainteresowaniem. Jakimś dziwnym trafem te straszne
ptaszyska wiedziały doskonale, co się działo za murami z czerwonej
kostki i zdawały sobie sprawę z tego, że jeden z korytarzy wcale nie był
pusty.
Gdzieś między szkolnymi
salami, wysokimi szafkami i gablotami na nagrody, po mokrej podłodze
trójka chłopców ciągnęła za ramiona kolegę z klasy. Protesty i błagania
stały się dla trzynastolatka nieprzyjemną mantrą. Ból w plecach piął się
coraz wyżej i wyżej. Spomiędzy warg pokrzywdzonego wydobywały się ciche
jęki, a za nim rysowały krwawe smugi. Szumiało mu w głowie, a zroszone
potem włosy uparcie opadały mu na oczy.
— Zamknij się wreszcie! — syknął przez zęby jeden z napastników.
Chwycił w prawą dłoń
jego jasne, kręcone loczki i odchylił mu głowę, szczerząc niebywale
białe zęby w uśmiechu. Czarne warkocze z czerwonymi gumeczkami opadły do
przodu, zasłaniając pucułowatą twarz czarnoskórego, a szelest
opakowania chusteczek w kieszeni jego jeansów rozniósł się po korytarzu.
Aby nie narobić zbędnego hałasu, wsunął palce w spodnie i wyciągnąwszy
chusteczkę, rzucił ją prosto w ranną twarz kolegi i nakazał mu palcem
wskazującym, że ma być cicho.
Każdy w Middle School
Seminole znał Archera Munoza. Jego sława potrafiła wyprzedzić uciekającą
mysz przed kotem. Wszyscy wiedzieli, kim był jego ojciec i jaki mieli
rodzinny biznes, jednak nie tylko to przyprawiało innych uczniów o gęsią
skórkę. Archer należał do grona typowych łobuzów. Uwielbiał wdawać się w
nielegalne bójki na terenie szkoły, podtapiać rówieśników lub młodszych
kolegów w toaletach i... robić maślane oczy do Carole Acevedo. I choć
młody Munoza starał się na wszystkie sposoby przypodobać dziewczynie,
wiedział gdzieś w środku, że był i tak na straconej pozycji. Zwijający
się przed nim z bólu, niski i pulchny Keiran Bradshaw był tego powodem.
Archer przykucnął przed
jęczącym. Położył ręce na kolanach i rzucił zniesmaczone spojrzenie
Keiranowi, kiedy ten ścierał krew. Miał sporą ranę na wardze i wielkie
limo po prawej stronie twarzy. Złamany nos zdawał się istnym wulkanem
krwi, czego trójka opryszków nie przewidziała. Błękitna koszulka już
dawno straciła swój pierwotny kolor. Teraz ciemne plamy zdobiły ją w
linii prostej: od szyi do pępka. Chłopiec wyglądał tragicznie i to
właśnie bawiło Archera najbardziej.
— Jakie to uczucie być frajerem, Bradshaw?
Keiran przełknął z bólem ślinę i cofnął się instynktownie, kiedy jeden z piekielnych bliźniaków, Niklaus, stanął specjalnie butem na jego pokiereszowanej dłoni.
Brat Niklausa, Basiel,
parsknął śmiechem, przyglądając się całej sytuacji z boku. Rzucał
nieprzyjemnymi komentarzami, kiedy rozglądał się po korytarzu, aby w
razie czego złapać Nicka i uciec w porę.
Obydwaj ubrali się w czerwone bluzy i czarne spodenki z numerkami 6 i 9,
pokazując wszystkim, że należeli do drużyny koszykówki w kategorii
juniorów i zdecydowanie powinno się mieć przed nimi respekt. Mimo że nie
należeli do grupy osób przyjemnych dla oka, to i tak ich popularność
potrafiła załatwić wiele zakochanych nastolatek.
— Wiesz, co zrobiłeś? — zapytał Archer.
Bradshaw zaprzeczył ruchem głowy.
— Masz mnie za debila?
Ponownie pokręcił głową.
Munoz przytaknął, a jego
skóra w świetle lamp stała się jaśniejsza z powodu kropli potu, które
perliły się na jego okrytej złotymi łańcuchami szyi.
— Tak myślałem —
prychnął i odrzucił warkoczyki z powrotem na kark. — Dobrze wiedziałeś,
że podoba mi się Carole. Chciałem ją zaprosić na złote kotły. I co zrobiłeś? Powiedz, Keiran, co zrobiłeś.
Bradshaw uparcie milczał i zaciskał powieki, kiedy piekielni bliźniacy Reisch
go podnosili. Przyjmował każdy cios ich pięści, wiedząc doskonale, że
nie miał wystarczająco siły, aby zmierzyć się z tą trójką. Jedyne co w
tamtej chwili mógł robić, to modlić się w duchu o pomoc Indian i łudzić
się, że to coś da. Tracił orientację.
I wtedy usłyszał ją. Carole.
— ...Keiran? O mój Boże! Keiran!
Przyłożyła dłonie do
ust, patrząc z niedowierzaniem na leżącego przyjaciela. Podbiegła do
niego, ślizgając się białymi balerinkami po podłodze. Żółta sukienka
zawinęła się lekko do góry, odsłaniając dziecięce, chude uda, kiedy to
ręce Archera złapały ją w talii. Szarpnął ją do tyłu, odciągając od
leżącego Keirana.
— Nie wtrącaj się w to, Care! — wrzasnął, odpychając dziewczynę, która upadła na podłogę, krzycząc z bólu. — Zasłużył sobie!
Młody Bradshaw dźwignął się z trudem. Spojrzał na pochylającego się Munoza nad Acevedo.
Wtedy rozniósł się
głośny dzwonek lekcyjny, a z sal wyszli uczniowie i zdenerwowana
nauczycielka, która zobaczywszy, co się stało, popędziła w ich stronę.
Jednak to kompletnie się nie liczyło dla Keirana. Chciał zranić Archera.
Chciał go ukarać, więc nawet nie spostrzegł, kiedy ruszył biegiem i z
całej siły pchnął napastnika, który wylądował na ścianie z gablotami.
Nieprzyjemny dźwięk łamania rozszedł się po korytarzu. Szkło rozprysło
się, tak samo jak i krew. Martwe ciało Munoza upadło na białe kafle, a
duża plama pod głową zaczęła się powiększać.
Wszystko straciło znaczenie.
Nic już się nie liczyło w tamtym momencie. Ani zapłakana Carole, ani wrzeszczące z przerażenia dzieciaki.
To wtedy młody Bradshaw
poczuł nieznaną mu dotychczas iskrę, która rozniosła się po całym jego
ciele. Serce biło szybciej, mięśnie drżały, a ból odszedł w niepamięć.
Kiedy Keiran spojrzał na owłosione i szponiaste dłonie, zrozumiał, co
się stało.
Stał się potworem. I to z najprawdziwszych koszmarów.Jeżeli znajdziesz w tekście błąd czy nawet zwykłą literówkę, proszę, napisz mi o niej w komentarzu. To pomaga mi udoskonalić swoją pracę. Dziękuję!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz